Wielokrotnie już zaczynałem coś pisać, aby później tego nie dokończyć i odstawić. Tym razem uparłem się, że doprowadzę tę notkę do końca.
Zawsze wracałem do bloga (do pisania) gdy było coś nie tak. Każda z kolejnych notek, robi się coraz bardziej nostalgiczna. W każdym razie od tej ostatniej minęło już prawie 4 miesiące. Czas więc chyba na uaktualnienie.
W poprzedniej notce zamartwiałem się o miejsce, w którym spędzę najbliższy rok. Przypadek chciał, że znalazłem stancję u znajomego Konrada, który akurat poszukiwał współlokatora.
Szczerze powiedziawszy wcale nie uśmiechało mi się z nim mieszkać, jednak zostałem przyciśnięty do muru, ponieważ wraz z końcem września zaczynałem nową pracę.
Definitywnie już zakończyłem moją przygodę z restauracją, której losy opisywałem na tym blogu przez ostatnie 6 lat. Będę za nią tęsknił. Już tęsknię.
Nie mniej jednak, chęć pracy całorocznej była nie do odrzucenia. Tym bardziej, że otrzymałem stanowisko kierownicze.
Minęło już parę miesięcy odkąd piastuje tą funkcję i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że praca ta naprawdę mi odpowiada.
Wracając jednak do mojego współlokatora.
Pomieszkałem z nim praktycznie miesiąc. Potem okazało się, że nie płacił właścicielce pieniędzy, które ja mu przekazywałem, tylko brał je sobie do kieszeni. Z dniem 1 listopada musiał się wynieść. I tak przez miesiąc mieszkałem sam. Aż do teraz. Kiedy wprowadził się do mnie… Michał. Mój ex, z którym mieszkałem już swojego czasu na gej-stancji.
Nasze relacje ograniczają się do krótkich zdań (ewentualnie równoważników) typu: „cześć”, lub „kupić Ci coś bo idę do sklepu?”
Oczywiście nie dzieje się tak bez przyczyny. Ale o tym napiszę w dalszej części notki.
Pod koniec sierpnia restauracja powoli pustoszała. Z tego względu mogłem sobie pozwolić na większą ilość dni wolnych, które spędzałem w Olsztynie. Najczęściej u Madzi. To zawsze u niej przesiadywała stała ekipa: Mateusz, Arek, niekiedy Tomek oraz Rafał z Michałem. Wszyscy razem szliśmy na jakąś imprezę lub najnormalniej robiliśmy sobie noc filmową wzbogaconą procentowym orzeźwieniem (dla niektórych: zmuleniem). Co tygodniowe spotkania pozwalały mi choć na chwilę zapomnieć o pracy.
Niestety później troszkę podupadłem na zdrowiu. Nie było źle, aczkolwiek zaaprobowano mi dość sporą dawkę leków, przez które czuję się dość dziwnie. Biorę je do tej pory i przez to jestem niezwykle spokojny. Nic mi się nie chce. Jestem po prostu nudny – przynajmniej sam odnoszę takie wrażenie.
Gdy już wróciłem na stałe do Olsztyna, coraz więcej czasu zabierała mi praca i szkoła. Moje kontakty z Madzią i Mateuszem trochę podupadły. Spotykaliśmy się co prawda jeszcze na nocach filmowych, jednak już nie było tej samej atmosfery co kiedyś.
W większości momentów, czułem się wśród nich zbędny. Szczególnie jak przyjeżdżał Arek. Wtedy równie dobrze mógłbym zniknąć i zapewne by tego nie zauważyli. Wtedy trochę się odizolowałem. Nie przychodziło mi to bynajmniej z poświęceniem, ponieważ po zażyciu leków i tak czułem się nieobecny. W każdym razie podczas ostatniej już nocy filmowej Madzia z Mateuszem zapytali się: „Co mi jest?” Opowiedziałem im pokrótce o moim złym samopoczuciu i o ostatnich wydarzeniach, które sprawiły, że jestem nieco „inny” niż zazwyczaj. Spuentowali to faktem, iż „nie jestem wobec nich szczery”. Faktycznie – tu muszę im przyznać rację. Nie byłem wobec nich szczery. Przynajmniej nie wobec wszystkich ( bo Magdzie zawsze mogłem wszystko powiedzieć). Jednak ja nie poczuwałem się w ogóle do tego, aby być wobec nich szczery. To jest może przykre, ale ostatnimi czasy nie czułem, że są dla mnie naprawdę bliskimi ludźmi. Nie wiem skąd mi się to wzięło. Może to ta ich „szydera”, która kpiła z niektórych aspektów mojej osoby, może to po prostu zazdrość, że „Wielka Trójca” (Mateusz, Magda, Arek) jest ze sobą tak blisko. A może moja bezradność, może ja już się poddałem.
Były ku temu pewne powody.
W czasie wakacji Hubert (mój znajomy, a przyjaciel Rafała) zauważył wśród moich znajomych na Naszej Klasie pewnego chłopaka – nazwijmy go Krzysiek. Spodobał mu się i po wymienieniu paru informacji przeze mnie, nawiązała się między nimi znajomość.
Jakoś pod koniec sierpnia Hubert poprosił mnie, abym przyjechał do Olsztyna, bo musi ze mną pogadać. Wziąłem wolne w pracy i przyjechałem. Spotkaliśmy się pod Wysoką Bramą. Kazał mi się rozejrzeć. Nie od razu, ale po krótkim czasie wśród grupy turystów zauważyłem Krzyśka. Był to niemały szok dla mnie ponieważ nigdy wcześniej się z nim nie widziałem. Utrzymywaliśmy ze sobą do tej pory kontakt tylko poprzez neta. Później we trójkę spędziliśmy ze sobą trochę czasu i właśnie w tym momencie musiałem nieświadomie popełnić jakieś gafy, ponieważ Hubert się na mnie totalnie obraził. Do tej pory nie wiem o co poszło. W każdym razie było mi smutno, że osoba, którą naprawdę szanowałem zeźliła się na mnie z niewiadomego powodu.
Jak wspomniałem wyżej, Hubert, jest przyjacielem Rafała. Zapewne owe gafy zostały mu bardziej wytłumaczone niż mnie, co również rzuciło na mnie jakiś nieprzychylny cień.
Z tego względu stałem się bardziej ostrożny. Nie chciałem już nigdy więcej powiedzieć, czegoś nieprzemyślanego. Szczególnie w stosunku do Rafała – bo jest to chyba jedyna osoba (powtarzam to na tym blogu po raz kolejny), która jest praktycznie bez skazy. Cenię go bardzo za jego zachowanie i dobroć oraz jego stosunek do Michała.
Jednak moje starania nie zdały rezultatu. Pewnego dnia po przyjściu z pracy zastałem na gg, druzgocącą wiadomość: „Jak mogłeś powiedzieć Michałowi, że go zdradzam?”
Oniemiałem. Wpadłem w taką furię, że nawet leki chyba nie dawały w tym momencie rady. Kiedy myślałem, że zapanował względny spokój – tu nagle takie coś.
Oczywiście zaraz zwróciłem się do Michała z prośbą o sprostowanie, jednak ten się do tego nie raczył. Później okazało się, że trochę źle zinterpretował jedną z moich wypowiedzi. Nie mniej jednak Rafał wypomniał mi, że podobną newralgiczną sytuację miałem już z Hubertem i ta sprawa znów stawia mnie w złym świetle.
Zamarłem. Chciało mi się płakać. To już kolejna osoba. Zastanawiałem się co będzie dalej… Wolałem już unikać Rafała, na dobre. Nie poszedłem nawet na jego urodziny, a prezent wysłałem mu pocztą.
Wiem to było straszne.
Właśnie te wszystkie sytuacje zaważyły na tym, że niejako odsunąłem się nieco od „Trójcy”, ponieważ Rafał z Hubertem są też z nimi blisko i wiedziałem, że uwagi odnośnie mojej osoby nie pozostaną bez echa.
To również tłumaczy moje zachowanie w stosunku do Michała. Mimo, że mieszkamy ze sobą dopiero od pięciu dni, znów dało się zauważyć nadinterpretację moich słów. Dlatego wolę siedzieć cicho.
Jedyną podporą w tych momentach był dla mnie Kamil.
Wspominałem we wcześniejszej notce, że nie wiem jak uda nam się wytrzymać tą rozłąkę na okres kiedy pracowałem w restauracji, jednak daliśmy radę. Podczas moich przyjazdów na noce filmowe do Madzi, jednocześnie spotykałem się z Kamilem. Chodziliśmy przeważnie do jakichś restauracji, później przenosiliśmy się do jakiegoś pubu na piwo/drinka. Zawsze wybieraliśmy jakieś ustronne miejsce, aby móc się potrzymać za rękę i skraść niewinnego buziaka. Byliśmy jak małe dzieci, które chowają swoje małe sekrety, aby nikt nie mógł ich zobaczyć.
Parokrotnie wybieraliśmy się do kina, aby w czasie gdy już film się zacznie i zgasną wszystkie światła móc poczuć swój dotyk i bliskość. Dopiero później Kamil uświadomił mi, że wybierał się ze mną na filmy, które już oglądał parę dni wcześniej wraz ze swoimi znajomymi. Po prostu nie chciał mi robić przykrości i chciał spędzić ten czas ze mną. To było naprawdę niezwykłe. Gdy już się wprowadziłem do Olsztyna zaczęliśmy spędzać ze sobą więcej czasu. Niejednokrotnie spędzał u mnie noce, a ja mogłem mu się zwierzyć z trapiących mnie problemów. Kamil umiał słuchać i zawsze miał trafny komentarz i zdanie niczym nie podyktowane. Nie oceniał, tylko starał się wczuć w sytuację. Bardzo to w nim cenię. Nie mniej jednak Kamil nie trafił w gust „Trójcy”. Powiedzieli mi wprost, że za nim nie przepadają. On o tym wiedział. Nie musiałem mu o tym mówić. Wiedziałem, że czuje dyskomfort gdy jest w ich otoczeniu, jednak nigdy mi tego nie powiedział wprost. Zawsze zależało mu abym ja się czuł dobrze i chcąc nie chcąc towarzyszył mi niekiedy przy tych spotkaniach.
Gdy już moje relacje z Madzią i Mateuszem nie układały się najlepiej postanowiłem i ja się trochę odizolować i skupić się na Kamilu. Nie mniej jednak nie było to takie łatwe. Coraz częściej zaczęliśmy się mijać. Gdy on wracał z pracy, ja jeszcze siedziałem w swojej. Gdy on miał wolne weekendy ja byłem od rana do nocy na uczelni. Spotkania stawały się coraz rzadsze. Ubolewałem nad tym faktem i choć tego nie okazywałem brakowało mi jego.
Parę dni temu, Kamil napisał mi, abyśmy dali sobie trochę czasu do namysłu. Mieliśmy się zastanowić czego naprawdę chcemy.
Już wcześniej mieliśmy podobną sytuację, sprowokowaną przeze mnie. Już wtedy bardzo to przeżyłem, bo choć nie byłem pewny, czy chcę z nim być, to wiedziałem, że bez niego będzie mi niezwykle ciężko.
Parę godzin temu dostałem od niego informację, że bycie razem chyba nie ma sensu. Napisał, że chyba nie potrafiłby się we mnie zakochać. I ma nadzieję, że myślimy podobnie.
Ja też nie wiem, czy potrafiłbym się w nim zakochać, bo przychodzi mi to z trudem. Tak czy owak to cholernie boli.
Nauczony doświadczeniem, zapytałem się, czy pojawił się ktoś nowy. Odpowiedział twierdząco…
Nie mniej jednak jak to zwykle w takich przypadkach bywa zostaliśmy przyjaciółmi. Na pewno bardzo będę sobie ją cenił, bo mogę z czystym sumieniem postawić Kamila na równi z Rafałem. Oboje są fantastycznymi ludźmi.
A co do mnie? Właściwie już mnie nic tutaj nie trzyma.
Dokończę pracę magisterską i ucieknę gdzieś w nieznane…
P.S. Uwielbiam GG – tutaj się wszystko zaczyna i tutaj się wszystko kończy. Za każdym razem…
Gdy byłem jeszcze nastolatkiem - miałem jakieś 15-16 lat - największą radochą było przesiadywanie wśród znajomych i obgadywanie nieobecnych.
Bardzo często opowiadaliśmy o dziewczynach, które się pocałowały (przylizały) z tym i tamtym, a potem zostały bezpodstawnie naznaczone mianem: ku*wy.
Gdy już skończyłem 20 lat siedziałem w „4clubie” ze znajomymi i obgadywaliśmy nieobecnych znajomych.
Mówiliśmy o tym i tamtym, który się kochał (ruchał) z tym i tamtym, a potem został nazwany ku*wą lub lachociągiem.
Po tamtym okresie pozostały mi tylko wspomnienia i śmiech.
Twierdzenie, że ktoś się źle prowadzi tyczy się wszystkich, bez wyjątku. Niektórzy tylko robią to w ukryciu i umieją zachować dyskrecję, a inni nie.
Moje dywagacje na ten temat wzięły się stąd, iż parę dni temu zawitali do mnie goście z Gdańska, których nie widziałem prawie od dwóch lat. Przyjechali do mnie do restauracji w drodze do Warszawy.
Jeszcze parę lat temu ich sposób bycia i życia bardzo mnie raził – szczególnie jednego z nich – Patryka.
Poznaliśmy się na portalu społecznościowym, na którym był bardzo rozpoznawalną i „sławną” osobą.
Zabiegałem o jego znajomość, bo chyba każdy lubi obracać się wśród takich ludzi. Ciągłe rozmowy, SMSy, doprowadziły do spotkania pod Fontanną Neptuna w Gdańsku, które opisałem w jednej z notek. Wtedy również poznałem jego chłopaka Błażeja oraz kochanka Mikołaja.
Historia ta jest bardzo zawiła i dopiero podczas tych odwiedzin usłyszałem ją w całości.
Jak już wspomniałem wcześniej, poznałem Patryka i to głównie z nim spędzałem czas. Był niebywale – jak na mój gust – przystojnym chłopakiem. Miał skandynawski typ urody. Blondyn o niebiesko - zielonych oczach. Akurat w czasie gdy go poznałem miał włosy kruczoczarne, bo przechodził wtedy fascynację subkulturą emo. Teraz jednak powrócił do swojego naturalnego koloru włosów.
Pamiętam, że wtedy wybraliśmy się do kina na „Chuck i Larry”. Wtedy również poznałem jego chłopaka Błażeja, który był niezwykle ciepłym i uprzejmym mężczyzną. W ich dwu pokojowym mieszkaniu panował niebywały porządek – wszystko stało na swoim miejscu – a pieczę nad tym sprawował Błażej.
Był on starszy od Patryka o 4 lata. Miał dobrą pracę i równie dobre zarobki. Jednak przypłacał to tym, że w domu był praktycznie gościem. Gdy już wracał, był tak zmęczony, że zaraz szedł spać.
Z tego względu Patryk, którym jedynym zajęciem, były studia znalazł sobie Mikołaja.
Ten natomiast był młodszy od Patryka. Miał całkiem poukładane w głowi, mimo iż był jedynakiem i zapracowani rodzice spełniali każdą jego zachciankę.
Patryk poznał go wcześniej niż Błażeja, jednak nie chciał się z nim związać. Spotykali się od czasu do czasu na piwo i seks.
Co go zauroczyło w Błażeju, że postanowił się z nim związać?
Właśnie to, iż jest starszy, uporządkowany, w miarę wyglądający, mający mieszkanie (przez co Patryk nie musiał za nic płacić) i często nie będący w domu, co było Patrykowi na rękę.
Mikołaj był natomiast bardzo zakochany w Patryku i ten o tym wiedział. Dlatego postanowił trochę przystopować, aby sprawy nie wymknęły się spod kontroli. Zaczęli widywać się coraz rzadziej.
Patryk natomiast znalazł sobie kolejnego kochanka, który spełniał jego najbardziej wyuzdane zachcianki seksualne.
Tak było dwa lata temu.
Teraz Patryk przyjechał do mnie z Błażejem i Mikołajem oraz przyjaciółką Błażeja – Sylwią.
Okazało się, że teraz Mikołaj jest z Patrykiem, natomiast Błażej pozostał ich bliskim znajomym. Jednak żaden z nich nie wie, że w życiu Patryka jest ktoś jeszcze i póki co tak ma pozostać.
Patryk taki już jest. Często zmienia maski. Oblicze kochającego chłopaka – jest tylko na pozór. Jednak, kto z nas tego nie uświadczył?
Chyba każdy ma tego swego i jeszcze jakieś wyjście awaryjne...
(Imiona zostały zmienione)
Ta historia idealnie odzwierciedla stan rzeczy, z którymi borykają się moi znajomi – jednak, tego tematu nie będę poruszać.
Ta historia jest również zaczątkiem do opisania tego, co zdarzyło się ostatnio w moim życiu.
W poprzedniej notce napisałem o tym, że mój związek z Mateuszem jest na krawędzi rozpadu.
Domysł stał się faktem. 4 mają, oficjalnie się rozstaliśmy. Jednak powód był całkiem inny, niż opisywane przeze mnie uprzednio.
Podczas, gdy spotykałem się z Mateuszem, a później, gdy już byliśmy razem, zacząłem pisać na jednym z portali branżowych z pewnym chłopakiem. Rozmowy były krótkie, bezowocne. Szybko o nich zapominałem. Jednak pewnego dnia, napisał do mnie po raz kolejny – umówiliśmy się na spotkanie. Aby pogadać, pójść na piwo. Nie było żadnego zdrożnego podtekstu.
W trakcie, gdy już się przygotowywałem do wyjścia, pomyślałem sobie: „Po co mi to właściwie potrzebne?”. To może zepsuć mój związek, który był już dla mnie naprawdę ważny.
Do spotkanie nie doszło. Nie przyszedłem. On tez nie przyszedł. Natomiast pokazał wszystkie nasze rozmowy Mateuszowi, ponieważ – jak się okazało – był to fałszywy profil jakiegoś kolegi Mateusza, czy samego Mateusza – nie wiem, nieistotne. Dla niego faktem było, iż umówiłem się z kimś za jego plecami.
Był to niewybaczalny powód. Moim zdaniem były też inne.
Jednym z nich mógł być choćby ten, że przeniosłem się z gejstancji na drugi koniec Olsztyna, gdzie już nie było tej zgranej grupki znajomych, których tak polubił. Był tylko jeden Bartek. (Ale to mogą być tylko moje niepotwierdzone dywagacje)
Zaczęła się sesja. I mimo iż moje rozstanie nałożyło się na owy czas – jako pierwszy na wydziale zdałem indeks do dziekanatu.
Nie, nie byłem aż tak ambitny.
Musiałem po prostu wracać do pracy do restauracji.
Im wcześniej tym lepiej.
Choć później chciałem to bardzo odwlec. Powodem ku temu był... Kamil.
Znajomość, która spadła na mnie jak „grom z jasnego nieba”.
Połączyło nas to, że mamy podobną hierarchię wartości.
Mateuszowi nie podobało się to, że stawiam szkołę/pracę ponad naszym związkiem. Natomiast Kamil myśli podobnie do mnie. Związek jest ważny, jednak bez pracy/szkoły nierealny, a przynajmniej nie osiągalny w owych czasach.
Póki co, spotykamy się co jakiś czas jak mam wolne. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że jest to na razie okres widywań, bo „spotkania” to za duże słowo.
Odbywają się one niezwykle rzadko. Za rzadko. Mam nadzieję, że wytrzymamy jakoś do września i wtedy ta znajomość nabierze jakoś rozpędu.
Teraz jednak żyję głównie pracą. Dzięki niej odświeżam się trochę, wyczyszczam. To już drugi taki okres.
W poprzednim, oczyściłem się po Michale, w tym, po Mateuszu. Oboje jednak zostali moimi dobrymi przyjaciółmi.
Tak abstrahując od wcześniejszego tematu.
Przyznam, że bardzo obawiam się nadchodzącego okresu. Z roku na rok przychodzą zmiany. Teraz dosyć poważne.
Po raz pierwszy nie mam stancji. Nie mam nawet znajomych z którymi mógłbym ją wynająć.
Łukasz wrócił do domu. Mimo iż wróci we wrześniu, to możliwe, iż zamieszka z Przemkiem.
Michał mieszka z Rafałem. Minął im już roczek jak są razem – jednak chyba im się nie układa zbyt dobrze.
Radek jest również u siebie. Zaczyna nowe studia w Warszawie.
Do Warszawy udaje się również Mateusz. Dołączy do Artysty, Ewy, Mileny, Damiana i innych znajomych.
Arek, przyjaciel Magdy i osoba, bez której nie wyobrażam sobie wieczoru filmowego, jedzie na studia do Poznania.
Piotrek, mój były współlokator, dalej rozsiewa o mnie plotki. Tym razem usłyszałem nawet, że sprzedaję się za pieniądze. Chciałem do niego napisać, aby już dał sobie spokój z tymi wymysłami, ale z drugiej strony i tak wiem, że to nie zda rezultatu, a jeszcze go zachęci. Poza tym wiem, że chłopak ma też duże problemy z własnym sobą.
Nikt go nie chce. Wyrzucili go z jednej pracy za molestowanie seksualne nieletniego pracownika. Z drugiej zwolnili go za ciągłe kradzieże. Widać też ma przechlapane – jednak to nie są domysły, ani plotki tylko szczera prawda.
Podsumowując.
Chcę wnieść apel.
Jeśli ktoś szuka od września stancji w Olsztynie i nie ma z kim zamieszkać, to niech da mi znać mailowo: alexwarmia@poczta.fm
P.S. Artysta to czarodziej, a ja jestem pierdzielonym emocjonalnym samobójcą.
Należałoby jeszcze wspomnieć o ostatnich wydarzeniach.
Parę dni temu, odszedł Daniel. Był moim znajomym. Nic nas nie łączyło. Po prostu się znaliśmy. Nie rzadko zostawaliśmy do końca na imprezach w "czwórce". Niekiedy rozmawialiśmy o bzdurach. Jednak największym ciosem jest to, że tak młody człowiek traci życie. To jest dla mnie naprawde nie do pojęcia.
Zaraz po jego śmierci, dostałem SMSa od Przemka, w którym napisał: "Alex, ja już nie wiem co się dzieje..."
Ja też nie wiem – jedni odchodzą, drudzy uciekają. Boję się jutra...
Siedzę po raz kolejny w miejscu, w którym pisałem pierwsze notki na tym blogu. Ponownie przelewam swoje myśli na papier, aby później skleić je na klawiaturze komputera.
Restauracja – miejsce, które wielokrotnie przewijało się na łamach bloga, ponownie będzie święcić triumfy w najbliższych notkach. To już szósty rok kiedy żegnam się ze stanowiskiem barmana i ten sam, w którym ponownie na to miejsce wracam.
W październikowej notce napisałem, że definitywnie odszedłem z tego miejsca pracy, tymczasem niespodziewanie nadszedł globalny kryzys ekonomiczny i co za tym idzie – brak formy zatrudnienia.
Siedziałem – poprawka – studiowałem w Olsztynie, nie mogąc znaleźć stałej pracy, więc gdy zaproponowali mi powrót do restauracji – długo się nie namyślałem.
Inną, przeważającą kwestią są finanse.
Obiecałem sobie, że nie będę brał od rodziców pieniędzy. Jednak i tak w ostatnim czasie byłem zmuszony do nadszarpnięcia budżetu moich opiekunów. Między innymi z tego względu nie siedzę teraz z Mateuszem, a zasuwam po 14 godzin w restauracji.
Mateusz – o tej osobie zaledwie wspomniałem w poprzedniej notce. Mateusz jest moim chłopakiem. Sporo czasu minęło zanim oficjalnie o tym powiedziałem.
Początkowo traktowałem naszą zażyłość nieco z dystansu. Było to spowodowane wcześniejszymi niepowodzeniami. Należy tu wspomnieć choćby o Michale, czy Piotrku.
Poza tym wiedziałem, że Mateusz kończy w tym roku szkołę i udaje się na studia do Warszawy, co moim zdaniem jest równoznaczne z końcem związku.
Jego zdanie jest diametralnie inne.
Faktycznie – mam zamiar sprowadzić się do Warszawy za rok, zaraz po ukończeniu studiów. Nie mniej jednak tak długi czas rozłąki jest nie bez znaczenia dla trwałości związku. Przynajmniej jest to ogromna próba, której CHCĘ się poddać.
Tak, dobrze przeczytaliście – chcę wytrzymać ten rok, ponieważ naprawdę przywiązałem się do tego chłopaka. W ostatnim czasie moje uczucie do niego narosło ze zdwojoną siłą.
Jednak póki co – tradycji musiało stać się zadość. Po raz kolejny, gdy zaczyna mi zależeć – tak jak to było z Michałem – coś musi się popsuć.
Z Mateuszem widywałem się najczęściej u mnie na gej-stancji. Po wyprowadzce Michała, który zamieszkał razem z Tancerzem; do mieszkania wprowadził się Łukasz – „nowy” barman z 4clubu, o którym wspomniałem we wcześniejszej notce.
Owy Łukasz – ma chłopaka – Przemka, który ostatnimi czasy równie często u nas bywał.
Mateusz był wielokrotnie tego świadkiem. Nieraz, gdy siedzieliśmy razem w kuchni, Łukasz wspominał: „Boże, jak to fajnie się widywać z Przemkiem codziennie.” W tym momencie zauważałem smutek na twarzy Mateusza.
Czemu?
Ponieważ ostatnio widuję się z Nim bardzo rzadko.
Czemu?
Dojdę do tego w dalszej części notki.
Jakiś tydzień temu wybraliśmy się z Łukaszem i Przemkiem do Wesołego Miasteczka. Poszedłem tam niechętnie, ponieważ zdawałem sobie sprawę z tego, iż z większości proponowanych tam atrakcji, nie mogę skorzystać. Było to spowodowane tym, iż bardzo źle się czuję po zabawie na wszelkiego rodzaju karuzelach, które kręcą się w kółko.
W każdym razie Łukasz z Przemkiem wybrali się na jedną z nich, natomiast Mateusz patrzył na nich z zazdrością. W tym czasie zaproponowałem mu jakąś watę cukrową, czy popcorn, jednak on stwierdził, że nie lubi.
Zrobiło mi się smutno, że po raz kolejny daję plamę w wielu kwestiach, toteż postanowiłem, że poświęcę się i pójdę z nim na tą karuzelę.
Gdy siedzieliśmy już w wagoniku, Łukasz kupił watę cukrową i zaczął karmić Przemka.
”Patrz jak ładnie razem wyglądają. Łukasz nawet kupił watę cukrową.”
W tym momencie zrobiło mi się co najmniej gorzej, aniżeli po zejściu z tej okropnej karuzeli. Potem jeszcze Przemek ustrzelił na strzelnicy dla Łukasza maskotkę. I tym pięknym – jakże filmowym – amerykańskim akcentem zakończyliśmy dzień.
W nocy, gdy już zasypialiśmy, zaczęliśmy z Łukaszem conocną rozmowę. Mówiłem mu dużo, bardzo dużo. Stał się on poniekąd moim „nieświadomym powiernikiem.”
Powiedziałem mu o swoich spostrzeżeniach. O tym, że Mateusz bierze sobie jego i Przemka związek za przykład. A ja w jakimś stopniu staram się ich naśladować, a przynajmniej nadążyć nad nimi.
Następnego dnia, Łukasz raczył mnie poinformować, że w majówkę chce „(…) zabrać Przemka gdzieś nad morze, albo do Aquaparku.”
Starałem się ukryć emocje i nie dać po sobie poznać, że ta informacja zagotowała się gdzieś we mnie, a następnie oblała ogromnym żarem całe moje serce, które natenczas zaczęło mnie strasznie boleć.
W tym momencie ponawiam pytanie: Dlaczego?
Dlaczego nie spędzam z Mateuszem tak dużo czasu i dlaczego nie chcę go gdzieś zabrać?
Odpowiedź: Chcę – jak najbardziej chcę. Jednak przeciw temu stoi u mnie czynnik finansowy.
Niestety skończyła mi się już moja część pieniędzy, którą dostałem po sprzedaży domu po zmarłych rodzicach. Od obecnych – obiecałem sobie, że nie będę brał – tym bardziej, iż ich synowi, a mojemu bratu przyrodniemu, jakiś czas temu spaliła się część domu i w tej chwili wszystkie swoje oszczędności przeznaczają na jego odbudowę.
Ja natomiast staram się jak mogę. Łapię wszelką okazję, aby w jakiś sposób zarobić pieniądze. W nocy piszę artykuły do gazet – ponieważ zwiększyłem sobie liczbę zleceń. Nieraz popracuję jeszcze w klubie. Z tego też powodu wróciłem do restauracji.
Te wszystkie zajęcia zorganizowałem sobie po to, aby móc mieszkać w Olsztynie i widywać się z Mateuszem! Nie mniej jednak dochodzą jeszcze co weekendowe zajęcia na Uczelni i sesja, która pochłania bardzo dużo czasu na naukę.
To wszystko prowadzi do tego, że spędzam z Nim bardzo mało czasu, choć to robię właśnie dla niego!
Jeszcze nie tak dawno, ogromnie przeżywaliśmy rozstanie Michała z Rafałem. Na szczęście trwało to tylko jeden dzień, bo potem do siebie wrócili. Nie mniej jednak, zdaje się, iż kryzys trwa u nich nadal.
Boję się, że u nas będzie tak samo – tylko w odwrotnej kolejności.
Przytłaczający jest jeszcze jeden fakt. Mianowicie to, że część moich znajomych się ode mnie odwróciła i traktuje mnie z widoczną niechęcią. To co się stało jest chyba dla mnie najbardziej bolesne.
Muszę się cofnąć trochę wstecz – prawie do początków zamieszkania na gej-stancji. Moimi współlokatorami byli: Michał, Radek i jego chłopak – Piotrek, który z racji tego, że był fryzjerem, przyjmował u nas w domu wielu naszych znajomych – klientów.
Jakiś czas temu Piotrek z Radkiem zaczęli otrzymywać od nieznajomej osoby SMSy, które – prawdopodobnie miały za zadanie ich skłócić.
Piotrek podejrzewał wiele osób: Magdę, Arka, Kamila, Anię. Potem SMSy ustały.
W lutym, ze stancji wyprowadził się Radek i Piotrek został sam w pokoju, przez co musiał płacić za niego podwójnie. Wiedziałem, że stoi cienko z kasą - toteż starałem się – mimo, iż sam niewiele miałem, aby lodówka była w miarę potrzeby uzupełniana i aby Piotrek, gdy przyjdzie z pracy miał przygotowany jakiś obiad. Po prostu mieszkaliśmy razem, stąd traktowałem go jak „swojego.”
Wraz z końcem marca, Piotrek się wyprowadził do innego mieszkania, ponieważ nie mógł znaleźć sobie współlokatora, a sam nie chciał płacić podwójnej stawki. Wtedy dowiedziałem się, że kolejną podejrzaną osobą, odpowiedzialną za wysyłanie SMSów, plotkowanie i doprowadzenie do końca związku Piotrka i Radka byłem… ja!
Piotrek mieszkając teraz gdzie indziej i zapraszając naszych wspólnych znajomych na strzyżenie, mówi im okropnie obelżywe rzeczy na mój temat, które absolutnie mijają się z prawdą.
Po co miałbym chcieć ich skłócić? Jaki miałbym w tym cel? Wiedziałem od dawna, że Piotrek ma „dziwne jazdy” i jest strasznie przewrażliwiony, ale nigdy bym nie przypuszczał, że mógłby powiedzieć na mnie coś złego. Naprawdę starałem się, aby miał o mnie dobre zdanie. Po tym wszystkim…
Przykro mi – naprawdę.
Cały kwiecień mieszkałem tylko z Łukaszem. Jednak nie bylibyśmy w stanie utrzymać całego mieszkania w następnym miesiącu, stąd podjęliśmy decyzję o przeprowadzce.
Ja zamieszkałem na pół miesiąca u znajomego Bartka – właśnie po to, aby móc być przy Mateuszu, gdy ten teraz zdaje matury. Wraz z połową mają musze niestety wracać do restauracji. Łukasz natomiast miał zamieszkać w domu, który znajdował się naprzeciw mieszkania Przemka.
Nie mniej jednak gdy zadzwoniłem do niego, okazało się, że z nieznanych przyczyn mieszka gdzieś indziej. Jego głos wydawał się być bardzo rozdarty - właściwie był taki niesprecyzowany. Myślałem, że może stało się coś złego. Toteż zapytałem:
- Dlaczego?
- Alex, nie musisz wszystkiego wiedzieć.
To powiedział Łukasz – mój „nieświadomy powiernik.”
Notka z dnia: 07.02.2009
„ ( … ) nie mówiłeś, że pracujesz w Sylwestra, a ja czekałem.”, „Wiem, że jest u ciebie Artysta.”, „ ( … ) mówiłeś co innego.”, „ ( … ) najgorsze, że ja tobie uwierzyłem.” – to są cytaty z moich pierwszych noworocznych życzeń jakie dostałem 1 stycznia. Ich autorem był Seba, o którym pisałem w poprzedniej notce. Jest to pierwsza – mam nadzieję – jedyna osoba, która postanowiła zerwać ze mną całkowicie znajomość.
Przyznam szczerze, że naprawdę ubolewałem nad tym faktem, ponieważ nie chciałem aby kontakt się urwał, mimo, iż nie dogadywaliśmy się w pewnych kwestiach. On jednak postawił sprawę jasno: „udajmy, że nigdy nie miało nic miejsca.”
Teraz, gdy pewne sprawy wyszły na jaw; cieszę się, że to powiedział. Też nie chciałbym chyba kontynuować tej „zatrutej znajomości”.
Jak wspomniałem wyżej – Sylwestra spędziłem po raz kolejny w pracy. Tym jednak razem w innej. Był to mój kolejny-pierwszy krok w stronę pełnej samodzielności. Była to pierwsza praca na obcym gruncie, z dala od rodziców itd. Nie było to bynajmniej coś ambitnego, ot praca w sklepie, aczkolwiek było to stanowisko kierownicze i głównym moim zadaniem było robienie zakupów i wprowadzanie faktur. Wiązało się to niestety z ciągłą obecnością w miejscu pracy, przez co moje życie prywatne legło w gruzach, czego idealnym przykładem był opisywany wyżej Seba.
Faktem jest, że piszę o tej pracy już w czasie przeszłym. Powodów było wiele. W każdym razie moi pracodawcy postąpili ze mną bardzo nieuczciwie wypłacając mi bardzo zaniżoną pensję. Musiałem jednak wybrać, pomiędzy kontynuacją nauki, a bardzo mało perspektywiczną pracą. Wybrałem to pierwsze.
Właśnie w ową pierwszą noc nowego roku, dosłownie wybuchłem. Skończyłem pracę o godzinie 4:00 rano i zaszedłem do klubu, w którym bawiła się większa część moich znajomych. Osób było niewiele. Podchodzili co rusz do mnie, bardzo odurzeni alkoholem i zapraszali do zabawy. Ja jednak – co oczywiste – nie miałem humoru na uatrakcyjnienie sobie tej nocy.
Wtem przy barze zauważyłem Huberta. Osobę, która jest dla mnie ostoją spokoju, przy której zawsze, kiedy mam na to ochotę, potrafię się wyciszyć. Jednocześnie jest on też skarbnicą dobrych rad, które w przeważającej większości sprowadzają mnie na tą dobrą stronę.
To właśnie on był tą osobą, która przyjęła na swoje barki moje zrzędzenie. Ta, właściwie jednostronna konwersacja, doprowadziła do tego, że nawet nie wypiłem krzty alkoholu, chociaż naprawdę miałem na to ochotę. Wszystko ze mnie zeszło, uleciało gdzieś…
Dlatego bardzo chciałbym podziękować Hubertowi za poświęcony mi czas. Dziękuję również za drugą rozmowę, która okazała się dla mnie swoistą przestrogą przed zbyt samowolnym postępowaniem w pewnych sytuacjach).
Z klubu nie wyszedłem sam. Była ze mną Madzia, Artysta i Adam.
Adam jest osobą, która już od długiego czasu gościła w sercu Artysty. Niestety jego wyjazd do Warszawy spowodował powolną utratę kontaktu. Zdałem sobie jednak sprawę, iż mimo utraconych relacji, uczucie nadal pozostawało silne, toteż trochę dopomogłem w zainicjowaniu rozmowy między nimi.
Powiem, że nawet opłacało się przespać ten pierwszy dzień nowego roku na krzesłach w kuchni :-)
W czasie gdy ja siedziałem za ladą na przełomie lat. Michał z Tancerzem wybrali się do Sopotu. Jest to pretekst aby napisać o tej parze parę słów.
Historia tego związku jest zapewne znana czytelnikom.
Minęło sporo czasu odkąd rozstałem się z Michałem i co za tym idzie – ocena jego osoby jest już trochę inna.
Mieszkając z nim pod jednym dachem uświadomiłem sobie w pełni, że rozstanie było bardzo dobrą decyzją. Wiem, iż nie byłbym w stanie dogadać się z Nim w pewnych sprawach, o ile w ogóle byśmy ze sobą rozmawiali. Ponieważ brak wspólnego tematu byłby nagminny. Michał zdaje się być bardzo przewidywalny. Dlatego też sądzę, iż z Tancerzem tworzą znakomitą, naprawdę dobraną parę. Ponieważ Tancerz jest zupełnym przeciwieństwem Michała. Z tego co zauważyłem, to właśnie on inicjuje jakieś nieoczekiwane wypady, wpada na fajne pomysły. Nie popada w rutynę. Mimo kłopotów, które sobie teraz nastręczył – zdaje się, że dobrze sobie z nimi radzi. Podejmuje poważne decyzje, choć chyba jeszcze nie za bardzo przemyślane.
To jednak co się tyczy związku (a co jest jedynie moim prywatnym gdybaniem), nie ma odzwierciedlenia w codziennym przebywaniu ze sobą. Michał jak dla mnie, jest naprawdę świetnym współlokatorem i nie mam ku temu żadnych zastrzeżeń. Oboje lubujemy spokój i kiedy mamy ochotę się położyć spać – jest to respektowane i nikt nie chce nikomu przeszkadzać. Gdy musimy się uczyć staramy się sobie wzajemnie nie przeszkadzać. Panuje zgoda i mam nadzieję, że taki porządek będzie panował jeszcze przez długi czas. Bynajmniej do momentu, w którym jedno z nas opuści „gejstancję”, a to prawdopodobnie już niedługo nastąpi.
- Popatrz na niego! Fajny nie?
- No, fajny. A jak się ładnie uśmiecha. Poczekaj chwilę, pójdę coś zamówić. ( … ) Przepraszam. Poproszę Żubra z dużą ilością soku.
- 5,50 proszę ( … ) dzięki bardzo.
- Ma bardzo fajny i miły głos i jeszcze się uśmiechnął.
- Patrz! On cały czas się uśmiecha.
- Noo… muszę się wziąć za niego.
- Alex, popatrz. Przemo przyszedł.
- Oho, to ja wezmę się za tego barmana innym razem. Idę zakręcić się koło Przema.
Ta scenka sytuacyjna, która w rzeczywistości miała miejsce, ukazuje w jaki sposób ludzie (znajomi) gadają ze sobą podczas imprez. Główne tematy: Kto? Z kim? Kiedy? Pytanie – Dlaczego? – jest już nieistotne. Jeszcze jakiś czas temu myślałem, że ten sposób spędzania czasu w klubie, na tzw. „ploteczkach” jest przywarą bywalców – kółek wzajemnej adoracji, które tworzą się w różnych częściach klubu. Jednak im więcej czasu tam spędzałem tym bardziej uświadczyłem się w przekonaniu, że to jest nagminne również w innych kręgach.
Ten akurat przykład pokazałem na swojej osobie, gadając ze znajomym o nowym barmanie, który dołączył do grona „ekipy 4”. Ma na imię Łukasz i od razu zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Ciągły, szeroki uśmiech. Wysoki, przystojny, kulturalny. Przede wszystkim: nowy, nie przesiąknięty „tym” wszystkim. Nie pamiętam już nawet jak do tego doszło, że zaczęliśmy ze sobą rozmawiać.
Zauważyłem jednak, że gdy podchodziłem pogadać z Przemem, Łukasz bardzo często na nas spoglądał. A ja poczynałem sobie/flirtowałem z Przemem w najlepsze. Dopiero, gdy Łukasz zaczął wpadać do mnie w krótkie odwiedziny na kawę/piwo dowiedziałem się, że nie są to nic nie znaczące spojrzenia. Łukasz był kompletnie zabujany w Przemku. Wiedziałem coś na ten temat, ponieważ Przemo również mi się podobał. Jednak rozmawiając z Łukaszem zdałem sobie sprawę, że on podchodzi do tego, bardzo poważnie. W tym czasie spotkałem się parokrotnie z Łukaszem, jak również raz, może dwa z Przemkiem. Nie robiłem bynajmniej za swatkę, czy telegraf. Po prostu spotykając się z nimi gadaliśmy wzajemnie ze sobą i chcąc nie chcąc funkcjonowało to przez parę dni, toteż wypadało o tym napisać. Tym bardziej, że obojga Panów darzę naprawdę dużą sympatią.
Teraz moje rozmowy z nimi już nie są takie częste. Spotykają się ze sobą, jest im dobrze. I bardzo miło się mi na nich patrzy.
(W tym miejscu należą się gratulacje Łukaszowi – zapewne wiesz o co chodzi)
Bardzo miło mi się patrzy również na inne pary. Codziennie widzę Radka z Piotrkiem, bardzo często Michała z Tancerzem. Nie wspominając o bardzo wielu znajomych w związkach heteroseksualnych, którzy są ze sobą już parę lat.
Nie to, ażebym im jakoś ogromnie zazdrościł, aczkolwiek było parę takich dni, kiedy to zostałem sam na stancji, a w telewizji leciały tylko same romanse. Wtedy przez chwilę coś się we mnie ruszyło – chyba każdy tak ma. Z drugiej strony cieszyłem się, że zostałem w domu sam, a nie wyszedłem gdzieś w miasto/do znajomych/do klubu i nie zacząłem gadać głupot. Wtedy już bym kompletnie zatracił swój wizerunek: szczęśliwego singla lub używając nowego określenia: quirkyalone.
Zdałem sobie sprawę, że kocham te moje cztery ściany. Prowadzę z nimi rozsądny, wysoce logiczny dialog. Milczę w nocy, bez żadnej łaski, snu i wielmożnego płaczu.
Biorę piwo i zaczynam oglądać romanse, jeden po drugim. Mimo, iż jest późna noc, nie odczuwam zmęczenia, nie chce mi się spać. To chyba piwo tak na mnie działa. Z drugiej strony wolałbym się położyć, ażeby nie myśleć już więcej…
Piwo na bezsenność, a sen – na bezmiłość.
Lakoniczne stwierdzenia.
Potem przyszedł czas na rozmowę z pewnym tajemniczym Panem na gg. Nie wiedziałem kim jest, jednak czułem pewne drobne niesprecyzowane pokrewieństwo między nami. Rozmowy były naprawdę sympatyczne, a tematyka rozmów różnorodna. Nie było mowy o żadnym dysonansie poznawczym. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że moim rozmówcą jest Konrad.
(Konrad jest chłopakiem, który podobał mi się od zawsze, jednak był związany z moim kolegą, toteż nasze relacje ograniczały się zawsze do krótkich rozmów).
Wiedziałem, że Konrad jest teraz sam, jednak jedna z moich zasad mówiła: „Nie wiąż się z chłopakiem swojego kolegi jeśli on jeszcze coś do niego czuje.”
W tym miejscu jednak przypomniały mi się słowa wspomnianego już wcześniej Huberta, który bardzo konstruktywistycznie wyjaśnił mi, że moja zasada jest „do du*y.” Poza tym, ja nie chciałem się wiązać – my się umówiliśmy tylko na kawę.
I jak było do przewidzenia – od kawy się zaczęło. Potem była kolejna, kolejna, kolejna… Teraz nasze spotkania stały się już oficjalne. Jest naprawdę przyjemnie. Nie muszę się przed niczym kryć, ponieważ znamy się z Konradem nie od dziś.
Zaskoczeniem była dla mnie natomiast wiadomość: od kogo Konrad miał mój numer gg. Wiem, że Pan M. czyta zapewne ową notkę, toteż pragnę mu serdecznie za to podziękować.
Owa notka, powstawała wieloetapowo i w bardzo długim okresie czasu. Związane to było z ogromem pracy i nadchodzącą sesją, którą zdałem naprawdę dobrze. Nie mniej jednak niektóre tematy się zdezaktualizowały i zostały trwale usunięte, albo pominięte. Muszę się też pokusić o jedno sprostowanie.
Pisząc na początku o Artyście i Adamie miałem nadzieję, że ich powrót będzie miał naprawdę długi termin ważności. Niestety, coś się przeterminowało…
Na zakończenie chciałbym się odnieść (czego przeważnie nie robię) do dwóch komentarzy, które pojawiły się w ostatniej notce. Były one zdecydowanie negatywne, bo słów krytyki jak wiadomo nie da się uniknąć. Faktem jest, że zostawiła je osoba o której wspomniałem w dzisiejszej notce. Oskarżyła mnie ona, że to co piszę jest zmyślone i nie ma racji bytu. Nie chcę tłumaczyć tych dywagacji, ponieważ wypowiedziałem się na łamach bloga na ten temat już dwukrotnie i… chyba starczy.
Mimo wszystko mogę napisać, że tęsknię, choć wiem, że nie powinienem. Stoję tak jak wtedy z rozsznurowanymi butami, jednak teraz mam pełen słoik słonych wspomnień o Tobie.
P.S. Bardzo, bardzo, bardzo chciałbym podziękować Monice i Pawłowi, za to… a zresztą – oni wiedzą za co :-)
Notka z dnia: 03.12.2008
Wróciłem do domu. Przechodzę przez próg drzwi i moim oczom ukazuje się Przemek.
- Cześć Alex. Co tak późno wróciłeś?
- A czekałeś na mnie?
- Tak, mamy coś do obgadania. Zaraz idziemy do mnie.
- Poczekaj muszę się rozpakować, przebrać, wykąpać.
- Oj u mnie to zrobisz. Lecimy, bo musze jeszcze wyprowadzić Rufusa (pies Przemka).
- Poczekaj przywitam się chociaż z mamą.
Przechodzę ukradkiem do kuchni i zastaję ją siedzącą przy stole, palącą papierosa i rozwiązującą krzyżówki – stały widok.
- Cześć mamo. Jak się czujesz?
- Czułabym się lepiej jakbym poznała twoją teściową.
Nastała chwila konsternacji.
- Ale ja nie mam teściowej. Przecież nie mam chłopaka.
- No i właśnie dlatego się źle czuję.
- A pomijając to, co u ciebie słychać?
- Wykorzystuję Przemka. Zapewne bardziej niż ty – wtedy mama posłała mi bardzo sugestywne spojrzenie, którego udałem, że nie widzę – lata mi do sklepu i kupuje prowiant. Potem siadamy przy stole i pijemy na umór. Chcesz o coś jeszcze spytać?
- Yyy… może jutro. Teraz idę już do Przemka.
- Gdybyś ty wszystkie decyzje podejmował tak szybko byłabym przeszczęśliwa. A tak spieprzy*eś na całej linii, bo Przemek ma już chłopaka.
- Cooo? – spytałem ze zdziwieniem, patrząc w stronę Przemka, który się tylko lekko uśmiechnął – Kogo?
- Opowiem ci już u mnie. Chodź.
Przez całe 300 metrów, które dzieli moje mieszkanie od domu Przemka, nie dawałem mu spokoju i próbowałem wymusić na nim odpowiedź. Ten jednak się nie ugiął. Otworzył drzwi i pobiegł szybko do łazienki na piętrze, aby uniknąć wciąż rzucanych przeze mnie pytań.
Ja udałem się do jego pokoju. Widok ten sam co zwykle. Wszędzie porozrzucane ciuchy. Na łóżku leżało mnóstwo książek, które miały świadczyć o tym, że Przemek się pilnie uczy (taka przykrywka dla rodziców). Korkowa tablica, która znajduje się nad łóżkiem ze zdjęciami znajomych Przemka, wisiała na jednym kołku, chwiejąc się niemiłosiernie.
Nie mogąc znieść takiego bałaganu zacząłem porządkować jego rzeczy, co czyniłem niejednokrotnie. Wtedy przypadkiem mój wzrok wbił się w kartkę, która leżała na blacie jego oliwkowego biurka. Był to złoty papier, na którym widniał wiersz napisany czerwonym flamastrem. Nie jestem w stanie przybliżyć treści tego listu, jednakże był naprawdę piękny. Traktował o uczuciu, powrotach i wielkiej, nieprzerwanej miłości. Chciałbym aby ten list był adresowany do mnie, może dlatego czytałem go tak kompulsywno-obsesyjnie, wręcz masochistycznie. Po prostu nie mogłem przestać…
Wtedy w pokoju zjawił się Przemek, który widząc, że czytam owy list, zapytał:
- I jak Ci się podoba?
- Tekst świetny, gdyby nie te błędy ortograficzne. To jest list od Twojego chłopaka?
- Tak.
- Więc, kto to jest?
Nazywa się Gabriel, mieszka w naszym mieście i jest boski. Poczekaj pokażę ci jego zdjęcie.
Przemek włączył komputer i otworzył jeden z folderów. Na pulpicie ukazało mi się zdjęcie bardzo ładnego, aczkolwiek bardzo młodego chłopca.
- Ojej, ile on ma lat? Trzynaście!?
- Piętnaście – odpowiedział nieco obrażony.
- To jesteście na tym samym poziomie rozwoju. Na pewno się dogadacie.
- Alex, nie oceniaj ludzi po wieku, on jest naprawdę dojrzały jak na swój wiek.
- Przemek, słyszałem to z Twoich ust za każdym razem jak miałeś chłopaka i zawsze kończyło się to tak samo.
- Wiem, że tak było, ale wiem, że z nim będzie inaczej. Czuję to.
Nie chciałem już drążyć rozmowy na ten temat. Po prostu wiem z doświadczenia, że nastolatki nie są gotowe na stały związek, tym bardziej, że sam Przemek – moim zdaniem – nie jest jeszcze na to gotowy.
Poszedłem do kuchni, otworzyłem wino, które wziąłem z domu jeszcze zanim wyszedłem, nalałem dwie lampki, zapaliłem papierosa i poszedłem do łazienki.
Napuściłem wody do wanny, nasypałem sobie soli o zapachu magnolii i usiadłem na pralce dopalając papierosa.
Wtedy naszły mnie iście filozoficzne pytania: Po co ludzie dobierają się w pary? Kto w ogóle wymyślił taką formę jak: związek? Czy nie jest przypadkiem tak, że jesteśmy z kimś, bo każdy do tego dąży i jesteśmy przekonani, że jest to nam potrzebne. A może właśnie nie jest?
W tym momencie zanurzyłem się w pachnącej kąpieli. Pociągnąłem łyk wina. Błogość. Hedonizm w czystej postaci. Pomyślałem: po co mi chłopak, skoro jest wino i kąpiele pachnące magnolią?
Wstałem już około 8:00, ubrałem się i poszedłem do domu. Po drodze robię zakupy. Mleko do kawy, papierosy do życia, Fakt i Wyborcza dla mamy.
Zawsze ciekawił mnie ten rozstaw, czytanych przez moją mamę gazet. Zawsze zaczynała lekturę od Wyborczej, kończąc na Fakcie. Jednak wtedy po raz pierwszy spytałem jej się skąd taki nawyk.
”Wiesz synku, gdy przeczytam Wyborczą czuję się strasznie mądra, dlatego aby dojść do równowagi z samą sobą muszę przeczytać coś na deser aby powrócić do dawnego stanu.”
Z racji tego, że Wyborcza była już zajęta, sięgnąłem po Fakt. Przeczytałem tam nowe informacje o fenomenie polskiego show-biznesu, Joli Rutowicz, a także piękną historię miłosną, którą – jak zapewnia autor – napisało samo życie. Artykuł mówił o dwóch osobach w podeszłym wieku, którzy spotkali się po 45 latach i wzięli ze sobą ślub. Żaden z nich się nigdy nie związał, ponieważ wiedzieli, że wcześniej czy później trafią na siebie.
Pięknie napisany wyciskacz łez, opatrzony dodatkowo bardzo ładnymi zdjęciami. „Fakt jest genialny.”
Na końcu, moją uwagę zwrócił mały rysunek, który jest umieszczany w każdym numerze. Przedstawiał on dwie animowane postacie, z napisem: „Miłość to…” Niektóre przedstawiane tam teksty są niezwykle ironiczne, a niektóre są wyjątkowo trafne. Ja chciałbym dorzucić jeden od siebie: „Miłość to… wyrywanie pęsetą włosów z pleców swojego partnera.”
( Jeden z czytelników będzie wiedział o co chodzi :-P )
OK. Czas powrócić do teraźniejszych spraw.
Jestem dziw*ą.
Poznałem: Kamila, Mateusza i Sebę. W jednym czasie - przypadkowo.
Kamil - znają go wszyscy i dużo opinii słyszałem na jego temat. Zwróciłem na niego uwagę już pierwszego dnia, kiedy stanąłem za barem. Mam słabość do blondynów, a ten na dodatek miał jeszcze piękne oczy. Dlatego tym bardziej robiło mi się gorąco za każdym razem, gdy przychodził coś zamówić. Z czasem moje podniecenie opadło. Pojawili się inni na których warto było zwrócić uwagę – oczywiście nie zapoznawać się – tylko popatrzeć. Z zamiłowania jestem obserwatorem i entuzjastą Sandry Bullock, jakby ktoś nie wiedział :-)
Jednak wracając do Kamila: Całkiem niedawno zjawił się na jednej z imprez organizowanych jak co sobotę na naszej Gejstancji. Wtedy poznaliśmy się i tak z dnia na dzień bywał u nas coraz częściej. Telefony moich znajomych się rozdzwoniły i Ci, zaczynali mi zadawać nieprawdopodobnie dużo pytań na temat Kamila i mojego stosunku co do jego osoby. Ja temat przemilczałem i Kamil wkrótce znalazł sobie kogoś nowego.
(AKTUALIZACJA: już nie ma tego nowego).
Mateusz - nikt go nie zna, toteż nie słyszałem o nim żadnej opinii. Ma jednego bardzo dużego plusa: „jest spoza…” Niestety spotkałem się z nim tylko raz, choć do tej pory jeszcze dostaje od niego zaproszenia. Niestety mój brak czasu ciągle powoduje przekładanie kolejnych spotkań. Urzekł mnie tym, że to on cały czas gadał, a ja właściwie siedziałem cicho. Zdziwiło mnie to, bo przeważnie ja jestem inicjatorem rozmowy. Poza tym ma fajne poczucie humoru.
Sebo - zna go sporo osób, teraz jednak unika towarzystwa; również słyszałem o nim wiele opinii. Na jego temat mogę się wypowiedzieć najwięcej, ponieważ w miarę często się spotykamy. Jest cichym człowiekiem, jeszcze nie odkrytym. Ciemny blondyn, który fajnie się ubiera. Poza tym jest wegetarianinem i bardzo często odwiedza Green Way’a.
Zawsze Green Way, kojarzył mi się z restauracją do której przychodzi dużo singli o wyrobionej świadomości ekologicznej, a co za tym idzie wrażliwych i ewentualnie intelektualnie kompatybilnych ze mną. Toteż właśnie na Sebastianie skupiam teraz całą swoją uwagę.
Co z tego będzie? Nie wiem.
Nie bez znaczenia natomiast, opis każdej osoby zaczynałem od słów: kto go zna? I: jaką ma opinię? Jeśli poprzestałbym tylko na tym, to wybór zarówno mój, ale także i Wasz, byłby inny. Jednak czy dobry?
Chcę przez to powiedzieć, że odkąd pamiętam NIGDY nie kierowałem się opinia innych. Muszę sam poznać człowieka, aby wyrazić sobie o nim zdanie. Jest to taki mój punkt zapalny, ponieważ już raz jedna osoba bardzo podupadła w moich oczach. Jest on zresztą moim czytelnikiem, także może wreszcie dowie się dlaczego tak się stało.
Scenka w klubie.
Siedzę przy stoliku ze znajomym popijając piwo. W pewnym momencie dosiada się do nas inny znajomi i przeprowadza z nami krótką rozmowę. W pewnej chwili zauważam, że mój towarzysz czuję się nieco zawstydzony obecnością nowego gościa, toteż siedzi cicho przykuty do kanapy. W chwili gdy „nowy” odchodzi pytam się mojego znajomego, o co chodzi:
- Bo wiesz Alex, on już od bardzo dawna mi się strasznie podoba.
- No to super, bo ty mu też wpadłeś w oko już jakiś czas temu i właśnie spytał się mnie, czy może się do nas dosiąść.
- Lepiej nie.
- A czemu?
- No przecież jak znajomi zobaczą, że z nim siedzę, to mnie wyśmieją. Nie mógłbym z nim nawet być, bo nie pokazałbym się z nim na mieście…
To bardzo unaocznia cały ten mechanizm, który jest dla mnie chory. Ważniejsza jest opinia kumpli, niż możliwość bycia z kimś.
Sam zresztą też popełniłem taki błąd, jednak nikogo nie obarczałem moją opinią.
Miałem wtedy chyba 17 lat i założyłem właśnie swój pierwszy profil na witrynie dla osób homoseksualnych. Jedną z pierwszych osób z mojego województwa jaką udało mi się ujrzeć był Marcin D. Nie pamiętam już treści jego opisu, jednakże do tej pory nie mogę zapomnieć zdjęć jakie zobaczyłem na jego profilu.
Brunet, leżący w wannie z rozpiętą koszulą, a z prysznica leje się na niego woda. Do tego bardzo zadziorny grymas na jego twarzy. To nie było kuszące – to było wręcz odpychające. Czy tak wyglądają geje? – pomyślałem.
Teraz wstydzę się swoich myśli. Minęło parę lat i poznałem osobiście Marcina D., który okazał się niezwykle ciepłym i uprzejmym mężczyzną. Bardzo przystojnym na dodatek – kompletna zmiana wizerunku i mojej mylnej opinii.
(Korzystając z okazji, chciałbym bardzo gorąco pozdrowić Marcina D.)
Są jeszcze dwa aspekty, które chciałbym poruszyć w owej notce. Bardzo długo nad nią pracowałem, co zresztą widać po dacie ostatniego wpisu. Jednakże niniejsza notka, nie jest tą, którą miałem wstawić. Napisałem inną, jednak aktualnie zdarzenia, doprowadziły do tego, że postanowiłem ją dodać później.
Jednym z nich jest ciągłe nagabywanie mnie, że powinienem kogoś mieć. „Alex, czemu ty sobie nie znajdziesz nikogo? Alex, ty jesteś sam – niemożliwe.” Ostatnio nawet parę osób – wliczając w to mamę – próbuje mnie niechybnie zeswatać. Niektórzy nawet próbują mnie przekonać presją, do tego, ażebym pozbył się przydomku: singiel.
Tak naprawdę jednak to ja nie chcę związku. Nie chcę żadnej miłości. Żadnego romansiku, nawet dla wywindowania poczucia własnej wartości. Chcę być sam; dzielny i niezależny, mieszkać spokojnie w Olsztynie, w urządzonej dziwacznie miniaturowej norce, z kotem i świnką morską. Hodować na parapecie rozmaryn i bazylię, pisać książki i wiersze, a w każdy piątek pić Margaritę albo Kamikadze w 4clubie.
Tak mi dobrze, tak mi rób… (yyy…. to ostatnie się skreśli).
Nie mniej jednak, jestem bardzo niezdecydowaną osobą. Tak jak to było choćby z moją wyprowadzką do Warszawy. Tak teraz zarzekam się, że bycie singlem jest mi na rękę, aczkolwiek może się wkrótce zdarzyć tak, że poczuje, iż mi kogoś brakuje. Już raz tak miałem i wiem co to oznacza…
Ostatnia sprawa którą chciałbym poruszyć na łamach bloga jest dla mnie bardzo przykra i skutecznie wpłynęła na moje samopoczucie w ostatnim czasie.
W zeszłym tygodniu zmarła mi bliska osoba z mojej rodziny. Mimo, iż nie jestem „osobą rodzinną”, to jednak jej odejście mnie bardzo zabolało. Było to spowodowane tym, że zbierałem się aby ją odwiedzić bardzo długo. Gdy wreszcie się zdecydowałem – ona już nie żyła. Odebrałem to jak jakiś znak, nauczkę. Wiele myśli przychodziło mi wtedy do głowy i równie wiele pytań.
Mniej więcej w tym samym czasie zadzwonił do mnie Igor, który łkającym tonem powiedział mi: „Marcin mnie zostawił.” (Marcin II na moim blogu)
To moja osoba zapoczątkowała ten związek ponad dwa lata temu. Z przyjemnością patrzyłem na ich uśmiechnięte buzie i uczucie jakim się wzajemnie darzą. Zawsze był to dla mnie idealny przykład tego, że z drugim mężczyzną można stworzyć stały układ.
Faktem jest – co zapewne pamiętają niektórzy czytelnicy mojego bloga – że Igor mi się bardzo podobał. Myślałem o nim bardzo poważnie, jednakże gdy poznałem go z Marcinem II, ten od razu się w nim zakochał. Mówił: „to jest miłość od pierwszego wejrzenia”. Marcinowi dużo zawdzięczałem w ówczesnym czasie i bardzo go lubiłem. Wtedy byłem jeszcze – mogę tak to nazwać – ofiarą losu, która chciała aby wszyscy byli szczęśliwi mimo własnego cierpienia. Toteż wycofałem się z „cichej walki” i jeszcze sam pomogłem Marcinowi w zdobyciu Igora.
Teraz przyjechałem do niego i widzę go z podkrążonymi oczami w samej tylko koszulce i slipkach. Pierwsza reakcja – słowa otuchy: „Ojej… Igor, będzie dobrze.” A następnie przyjacielski gest: mocne przytulenie tego niskiego chłopaka do własnej piersi.
Był już późny wieczór. Igor opowiedział mi całą sytuację z której wywnioskowałem, iż jest ogromna szansa na to, że jeszcze do siebie wrócą. W każdym razie poprosiłem go, aby udał się do łazienki i trochę się ogarnął, bo zaraz miała do nas dojść Agnieszka. Nasza wspólna koleżanka.
Wpadła do mieszkania, jak zwykle bardzo roztrzepana i już od progu zaczęła się wywiadowczo pytać: „Co się stało? Gdzie jest Igor?” Gdy powiedziałem, że jest w łazience, ta od razu pobiegła do kuchni i zaczęła przygotowywać sobie kolację i robić kawę. Pomyślałem, że chociaż ona się wcale nie zmieniła, mimo, iż nie widzieliśmy się prawie przez pół roku.
Po krótkiej chwili wszedł Igor. Był już ubrany i wyglądał dobrze, za dobrze.
Alex opanuj się – pomyślałem – przyszedłeś go tu pocieszyć i współczuć, a nie zżerać go wzrokiem.
- Mmm… fajnie wyglądasz Igorku – odezwała się Agnieszka – w ogóle nie wyglądasz na smutnego, prawda Alex?
- Yyy… tak, tak. Fajnie wyglądasz.
- Ale ja się ciebie Alex pytałam o coś innego.
Wtedy czułem jak w jednym momencie moja twarz robi się czerwona, a w gardle zaczyna się robić sucho. Mimo, iż lubimy się z Agnieszką, to jednak bardzo często sobie docinamy. Dlatego próbując wyjść z dyskomfortowej sytuacji odpowiedziałem: „Może nie wygląda, ale czuje się inaczej.”
Była to najprostsza odpowiedź na jaką mnie było stać w tym momencie. W tej chwili przyszła do nas jeszcze Karolina – współlokatorka Igora, która chwilę potem zaszyła się z Agnieszką w pokoju.
Karolina bardzo nie lubiła Marcina i już dawno temu przepowiedziała rychły koniec tego związku. Dlatego Igor nie chciał, aby poznała, że coś się stało. Wstydził się. Agnieszka też miał milczeć jak grób.
Poszliśmy do pokoju Igora. Ten zaczął ścielić łóżko. Ja natomiast zabrałem się do ścielenia drugiego.
- Alex, śpij dziś ze mną. Proszę.
Podświadomość mówiła: NIE, jednak instynkt mówił: TAK – przecież on cię o to prosi.
- OK. – odpowiedziałem.
Położyłem się na brzegu łóżka, odwrócony do niego plecami. Czułem jak nogi Igora wplątują się w moje, a jego brzuch napiera na moje plecy. Przepasał rękę przeze mnie i ścisnął mocno. Normalnie, pewnie bym się na to nie zgodził, jednak dziś ma dyspensę, ze względu na swój dramat miłosny.
Nie wiem ile minęło czasu, jednak ja nie mogłem zmrużyć oka. Nie poruszyłem się ani na centymetr. Leżałem sztywno, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. W pewnej chwili nawet zastanowiłem się czy ja w ogóle oddycham.
Igor spał już od dłuższego czasu. W pewnej chwili jego uścisk pękł i położył się na plecy. Ja w tym czasie odwróciłem się w jego stronę i spojrzałem na niego. Był naprawdę piękny. Nie umiem opisać słowami co wtedy czułem, po prostu nie potrafię.
Delikatnym ruchem zsunąłem się z łóżka i poszedłem się położyć na drugie. Instynktownie poczułem, że boli mnie kręgosłup… moralny oczywiście.
Teraz, gdy siedzę w kuchni na mojej gejstancji i piszę tą notkę, czuję, iż moje marzenie o którym pisałem wcześniej - cały czas się spełnia. Jednak teraz doszła do tego równie wielka obawa: „…,że nie zdążę.”
Notka z dnia: 20.10.2008